Z twardego snu wybudziła mnie natura, śpiew ptaków ? Też, ale głównie pianie koguta z gospodarstwa obok. Otworzyłam oko i zobaczyłam czyste, błękitne niebo przez okno dachowe. To będzie piękny dzień myślę sobie.
Pani gospodyni przygotowała nam śniadanie, które zamówiliśmy na ósmą: po dwa jaja sadzone - może od sąsiada? wędlinka, ćwiartki ogórka a nawet ćwiartki marchewki i miseczkę z jogurtem, do tego świeże bułki i dzbanek kawy. Super, pojedliśmy a kawę dopijam na dworzu w towarzystwie rudego, puszystego kota, on także stanowi inwentarz tego hotelu. Ale cieplusio.
Zamykamy kufry, kask na głowę i lecimy.
Po drodze, podobnie jak wczoraj dość często się zatrzymujemy, przerwy muszą być, głównie na picie i siku, ale też ręce Tomka no i we znaki daje się mój przyciasny kask. Jedzie się dość ciężko, podrzędne drogi w Czechach są słabej jakości- dziurawe albo w trakcie remontu, w dodatku nie ma wystarczająco często sklepów, żeby sobie wodę kupić. Dobra, koniec narzekania, przecież nie mogliśmy się doczekać tego wyjazdu. Było w domu siedzieć i se narzekać. Oj dobra, już nie będę.
Wjechaliśmy do Niemiec i stan dróg nawet tych podrzędnych jest o niebo lepszy, Tomek mówi, że teraz te kilometry to połykamy. Ze sklepami też nie ma problemów ani z miejscami na postój.
Nagle wjechaliśmy w jakieś super widokowe, położone nad szeroką rzeką, historyczne miasteczko, Passau jak się okazało; w przelocie bo w przelocie ale zrobiło na nas wrażenie. Tniemy dalej.