Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 sierpnia 2017

Malediwy, dzień 12

  Poranna pobudka przed piątą rano, zbieramy plecaki i idziemy na autobus, który ma nas dowieźć na lotnisko. Lot z Male do Dubaju, w niespełna 4 godziny przebiega sprawnie. Wychodząc z samolotu w Dubaju, szybko przypominam sobie jakie to uczucie 43 stopnie w cieniu przy pełnym słońcu - wylądowaliśmy w wielkiej, suchej saunie.
Jest dopiero południe, mamy 23 h w Dubaju i właśnie meldujemy się w Cosmopolitan Hotel. Chwila na ogarnięcie się i ruszamy na zwiedzanie: rodzina Arlety i Tomka z dziećmi na platformę widokową najwyższego budynku świata Burji Khalifa, my z Tomkiem z racji tego, że na platformie już kiedyś byliśmy, najpierw coś zjeść a potem na wyspę w kształcie palmy.
  Dubaj jako miasto nie przestaje mnie zadziwiać. Ten fenomen sukcesu, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu była tu tylko pustynia a teraz znajduje się tu wysoko rozwinięte miasto z przemyślaną infrastrukturą: na autostradzie 6 pasów w jednym kierunku, metro, liczne drapacze chmur i kolejne w budowie, wszędobylska klimatyzacja.
Jest w tym mieście coś z surrealizmu, niby perfekcyjne ale jednocześnie jakby nie do końca realne.
Weźmy taki plac zabaw na powietrzu, kto będzie się bawił na tych świetnie przygotowanych drabinkach i ślizgawkach w tym upale? Z tego co widzę, jest na nim tylko 2 strażników. Albo plażowanie? Co prawda jest garść osób plażujących przy nadmorskim deptaku, jednak osobiście nie dałabym rady, tym bardziej, że kąpiel jest w słonej wodzie. 90% leżaków na plaży jest wolna.
   Niestety wyszło na to, że się z Tomkiem nie wystarczająco przygotowaliśmy, skutkiem czego przedreptaliśmy w saunie sporą pętlę i finalnie nie wylądowaliśmy na wyspie w kształcie palmy. Nie ma jednak czego żałować, zwiedziliśmy marinę, piękną dzielnicę Dubaju oraz bulwar przy plaży.
A teraz chodźmy gdzieś, gdzie jest klimatyzacja. Wsiadamy do metra i jedziemy do Burji Khalifa, przy którym od 18 stej rozpoczyna się podobno spektakularny pokaz fontanny. Właśnie zmierzcha, więc widok powinien być jeszcze bardziej efektowny. Wchodząc do najwyższego budynku świata, napotykamy naszych przyjaciół. Nogi tak jak nam pomału dają o sobie znać, ale postanawiają zwiedzić jeszcze Mall of Emirates a dokładniej największy na świecie sztuczny stok narciarski, który się tam znajduje.
Kilkuminutowy pokaz fontanny do arabskiej muzyki faktycznie warty obejrzenia, zebrały się tłumy. 
I tym o to akcentem wycieczka dobiega końca. Jutro rano na lotnisko i do domu. 

























piątek, 11 sierpnia 2017

Malediwy, dzień 11

   Odsłaniam kotarę i nie wierzę- słońce! Uff, załapiemy się na snoorkling w ostatni dzień :D
Śniadanko, potem kawka w knajpie obok i szykujemy się na wodną aktywność. Jest 10:00 godzina, jesteśmy na plaży, zwarci i gotowi na wypłynięcie. Wtem, właściciel stoiska ze sportami wodnymi uświadamia nas, że bardzo chętnie ale jest piątek. Piątek, czyli taka nasza niedziela, z tą różnicą, że tu religia jest nierozerwalna z polityką i jest nie pisany obowiązek modlitwy - od 11:00 do 13:30. W tym czasie wszystko jest zamknięte: sklepy, restauracje, centrum aktywności wodnych oczywiście też musi być zamknięte, bo wyjątków nie ma. Przyjdźcie o 13:30 i wypłyniemy. Ok.
Na stoisku byliśmy punktualnie, przymierzamy maski, płetwy i całą szóstką wsiadamy na…dmuchanego, żółtego banana. Banana będzie ciągnął skuter i tym środkiem transportu dotrzemy do rafy.
Plusk i jesteśmy w wodzie. Ze względu na to, że moja i Arlety sukienka plażówka już w trakcie drogi zostały solidnie opryskane wodą i z uwagi na fakt, że przy powrocie nie będziemy mogły wyskoczyć na brzeg w bikini oraz dodając do tego kamizelkę, którą mamy zapiętą na ubranie, postanawiamy snoorkować w sukienkach, po co komplikować.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Malediwy, dzień 10


   Lało przez całą noc, teraz kiedy odsłaniam zasłony pada i na niebie nie wygląda, żeby miało się coś szybko zmienić. Pora deszczowa.
Pląsamy w kroplach wody po mieście i zasiadamy do europejsko wyglądającej kawiarni na kawę z ekspresu i słodkości. Ciągle pada, mimo to postanawiamy płynąć do stolicy, do Male, która jest od nas w odległości rzutu beretem. Tomek Arlety z Antosiem pasują na tą propozycję, pewne zaległości w bajkach i serialach przydało by się odrobić. Zatem płyniemy w czwórkę, co zwiedziliśmy? Głównie poczekalnie portu. Nie przestaje padać, niebo jest ciężkie i ciemne wszędzie dookoła. Wracamy do naszej wyspy i hotelu. Taka sytuacja.
Pada rzęsisty deszcz przez cały dzień. Kiedy wyszliśmy w szóstkę na obiad, szukając fajnej knajpki i kiedy przeszliśmy pół wyspy i ta fajna knajpka okazała się nie do końca fajna, wracając w tym deszczu, z tej niemocy, wzięła nas głupawka. Późnym wieczorem deszcz wreszcie ustąpił, poszliśmy zatem zaszaleć i w kafejce na plaży zamawiamy po piwie (oczywiście bezalkoholowym, bo prohibicja) i sziszy - ja z Tomkiem z tytoniem wiśniowym a Arleta ze swoim Tomkiem o smaku podwójnego jabłka. Dzieci ganiają się między stolikami i budują z piasku.

środa, 9 sierpnia 2017

Malediwy, dzień 9

   Za oknem ciemność, ale trzeba wstawać. O 6:45 mamy motorówkę do Hulhumale, wyspy położonej obok stolicy Malediwów- Male. Tu spędzimy trzy ostatnie dni przed odlotem do domu, spodziewamy się bardziej zurbanizowanej i cywilizowanej wyspy. Podobno na Male nie ma skrawka ziemi, wszystko w betonie i wysokich budynkach. Wyspa Hulhumale jest powiedzmy jak przedmieścia dużego miasta.
Zjedliśmy śniadanko i żegnamy się z naszym fantastycznym kucharzem ze Sri Lanki- Lenox’em jak go nazwaliśmy, Falą, Afzalem- z którym negocjowaliśmy ofertę będąc jeszcze w Polsce, Brytyjką- właścicielką hotelu i z młodzieńcem co dbał, żebyśmy zawsze mieli pełne szklanki przy posiłkach.
Siadajcie na tył motorówki, będzie wami mniej rzucać, radzi Brytyjka. Tak też zrobiliśmy, jednak dwugodzinna jazda trwała wieki. Nie chodzi tylko o to rzucanie przez fale i zagłuszającą rozmowę głośność, ale gorąc i zaduch. Motorówka ma dookoła takie przeźroczyste plandeki- okna, żeby woda nie dostawała się do środka, z tym że, oprócz wody, nie przedostaje się też wiatr a płyniemy w pełnym składzie. Pot cieknie ciurkiem po plecach, następnym razem - krajowy samolocik, tak jak to zrobiliśmy w tamtą stronę.
   Wysiadamy na porcie lotniczym i dalej podjeżdżamy autobusem, dosłownie kilka minut i jesteśmy w centrum Hulhumale. Jest asfalt! Są chodniki! Jest autobus! Na Digurah nie było asfaltu w ogóle, nigdzie; wszędzie tylko ubity piach lub sypki piasek.
Hotel w którym zrobiliśmy wstępną rezerwację lekko nas podłamał: pokoje malutkie, niezbyt czysto, obskurna łazienka. Mimo zmęczenia po motorówce i wczesnej pobudki rozważamy poszukać pieszo innego hotelu. Tomek Arlety poszedł do sąsiedniego obiektu: mówi, że standard lepszy ale pokoje też klitki, ciężko będzie się pomieścić z dziećmi, do tego cena x 3. No to odpada. Dobra, to zostańmy tu 1 noc, jutro przeprowadzimy się do innego a teraz chodźmy na kawę.
Po drodze wstąpiłam z Arletą do jeszcze jednego hotelu: cena ok, ale pokoje nie dość że małe i obskurne to jeszcze śmierdzi w tej paskudnej łazience. Odpada. Bez internetu będzie teraz ciężko coś znaleźć.
Dobra, chodźmy co zjeść, coś się wymyśli.

wtorek, 8 sierpnia 2017

Malediwy, dzień 8

   Obudziliśmy się z zamiarem wypłynięcia na snoorkling, a tu psikus- wieje, leje, palmy ćwiczą swoją wytrzymałość. Kłóci się ten obraz z moim planem w głowie. A może jednak? Może przejdzie? Nie, to nie jest letni kapuśniaczek… Tomek już odpuścił. No ale jesteśmy tu ostatni pełny dzień, ostatnia szansa, może się wypogodzi? Z kolei jak zapłacę 50 usd i zobaczę tylko jak do wody wpadają krople deszczu… ale może się wypogodzi i zobaczę kolorowe ryby, może znowu manty a może żółwia? Bitwa w mózgu, co robić? Poproszę telefon do przyjaciela albo inne koło ratunkowe. Co robić?
Finalnie zostaje, no trudno, nic na siłę. Dość szybko…przestało padać, chociaż całkowite zachmurzenie utrzymywało się praktycznie do końca dnia.
  Zrobiliśmy w szóstkę rundę po wyspie, gdzie w trakcie złapał nas deszcz. Mimo to, postanowiliśmy z Tomkiem wypożyczyć zestawy: rurkę, maskę i płetwy, żeby posnoorkować tam gdzie wczoraj pływał Tomek Arlety. Kiedy byliśmy w porcie w centrum nurkowym po sprzęt, akurat przypłynęła łódka ze snoorkowania. Pierwsi idą starsi Japończycy, pytamy „Jak było? Co widzieliście?”- „Było słabo. Nic ciekawego nie widzieliśmy”, w duchu lekka ulga, dobrze że nie wypłynęłam. Idą razem para starszych Włochów i młodzi Francuzi, zadajemy to samo pytanie, odpowiadają „Było całkiem nieźle, widzieliśmy żółwia, rekina wielorybiego, trochę kolorowych ryb”, powoli gul mi skacze. Na koniec idzie parka z Hong Kongu, dziewczyna mówi „ Dzisiaj już nie chorowałam, było fantastycznie! Widzieliśmy 4 żółwie, rekina i całą masę kolorowych ryb! Super było, jesteśmy mega zadowoleni!” Fajnie, cieszę się waszym szczęściem … Ale skrajne opinie, dla jednego nic specjalnego a drugi się zachwyca…

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Malediwy, dzień 7


   Już przed ósmą byliśmy po śniadaniu. Niebo wygląda coś nie teges, ale to są przecież Malediwy, niebo może się diametralnie zmienić w 10 minut. Gdy idziemy do portu najpierw spadają pojedyncze krople deszczu, za 3 minuty jesteśmy przemoczeni. Zaraz przejdzie… pocieszamy się nawzajem. Po chwili wchodzimy do centrum nurkowego po maski, płetwy i wchodzimy na łódź.
Łódź jest prawie pełna, mimo niepewnej pogody wszyscy goście z naszego hotelu zdecydowali się wypłynąć. Płyniemy na drugą stronę atolu, bynajmniej taki jest plan. Gdzie okiem sięgam, na niebie siwo, co prawda nie pada teraz ale bezskutecznie szukać prześwitu między chmurami. Ocean wydaje się mieć inny kolor, nie granatowy tylko taki ciemno szary a fale…. fale są duże. Przecinamy fale wzdłuż i w poprzek, przechyły są znaczne. Dziewczyna z Hong Kongu prosi o wiaderko, ale niestety nie zdążyła. Blada skóra, zażenowana twarz i zabrudzona sukienka. Tak buja, że dziwie się, że tylko ona się rozchorowała.
Kapitan decyduje, że pomimo pokonanego znacznego dystansu, zawracamy. To była dobra decyzja, bo właśnie znowu pada gęsty deszcz. Widoczność jest znacznie ograniczona, z łódki widać jedynie zarysy wysepek.
Kiedy dotarliśmy do hotelu, troszkę jakby się przejaśniło ale słońce wyszło dopiero na wieczór.
   Po lunchu Tomek Arlety wziął rurkę z maską, płetwy i pognał na przeciwległy brzeg wyspy na snurkowanie. Z tej strony wyspy, gdzie ocean wydaje się być trochę spokojniejszy, trudnością jest przedostanie się przez płytkie wody z nieregularnie wyrośniętymi koralowcami, tak aby nie dać się fali nadziać na koralowca… Udało mu się jednak przebić, tak że obserwował podwodny świat nie od strony brzegu ale bezpiecznie od strony oceanu.

niedziela, 6 sierpnia 2017

Malediwy, dzień 6

   Planowaliśmy wypłynąć na ponowne snoorkowanie, jednak kapitan miał już inny plan- nurkowanie z butlami, co wiązało się z nastawieniem na zatrzymywaniu się w głębszych miejscach a co za tym idzie - słaba widoczność dla snoorków. No to odpuszczamy, jutro wypłyniemy.
Niczym kameleony rozłożyliśmy się wygrzewać na plaży i tak jak one zmieniamy kolor skóry z ograniczeniem na czerwony lub brązowy.
Jest dość silny wiatr, dzieci mierzą się z falami. Czy ktoś mógłby podejść te 10 metrów i przynieść mi kawę? Zaczynam naprawdę lubić plażowanie, zwykle mnie nosi ale w tym momencie to mnie nikt nawet koparką z leżaka nie ściągnie. O! Znowu jaszczurka po palmie idzie, zauważyła mój wzrok i przystanęła nieruchomo, zaraz czmychnie gdzie kokos rośnie.
   Przypomnieliśmy sobie, że przez te kilka dni nawet nie pomyśleliśmy o tv czy chociażby wiadomościach w internecie, nic z tych rzeczy. Nie, to jest nam zupełnie nie potrzebnie, nawet nie chce wiedzieć jak dziś dzień tygodnia.
Plażowaliśmy tak cały dzień z przerwą na lunch.
   Pod wieczór chłopaki podjęli inicjatywę, że może by tak coś zrobić … skuter może? Tak, skuter! Utargowali 10 usd z ceny i wynegocjowali 10 minut czasu dodatku do pełnej godziny, więc każda para ma po 35 minut.
Jeśli ktoś słyszał piski tam w Polsce, to byłam ja. Wspominałam o wietrze i falach? Dodajmy do tego Tomka i jego odkręcenie manetek i mamy: AAUAAA!!! Od tej jazdy miał na drugi dzień zakwasy jak się potem okazało.

sobota, 5 sierpnia 2017

Malediwy, dzień 5

   Poranna kawa w cieniu palmy i zbawiennym podmuchu oceanicznego wiatru smakuje niepowtarzalnie. Do śniadania serwowany jest sok z passion fruit. Do jedzenia na bufecie do wyboru: tortilla z pastą z tuńczyka koralowego z papryką, czerwoną cebulą i wiórkami kokosowymi, jajo sadzone, owsianka z dodatkiem papaji, tosty z nutellą i chipsy krabowe.
Poprosiliśmy kucharza, żeby przygotował lunch dzisiaj nieco wcześniej, tak spodobało nam się wczorajsze plażowanie, że zgodnie zdecydowaliśmy, że trzeba tam dziś wrócić i zostać jak najdłużej, najlepiej do zachodu słońca co też uczyniliśmy nie bacząc na przestrogi Brytyjki, że dziś jest sobota - to jak nasza niedziela i możemy się spodziewać tłumów lokalnych społeczności.
Faktycznie, była grupa miejscowych: kobiety w „małych, czarnych” sukniach pochowane w cieniu i mężczyźni w krótkich szortach. Szwedzki stół z ryżem i rybą i napoje dla wszystkich przywiezione na taczce.
   Malediwy to w 100% kraj muzułmański, tu religia jest nierozerwalna z polityką. Jeśli chciałbyś przejść na inną religię, automatycznie tracisz obywatelstwo. Kobiety zatem są zmuszone do przyodziewania czarnych sukien, są separowane od turystów, żeby nie nabierać złych nawyków. W naszym hotelu pracują wyłącznie mężczyźni, pokaz tańca - wyłącznie mężczyźni, te trzy sklepy obsługują oczywiście mężczyźni a kobiety… chodzą parami po dżungli z siekierką i piłą, żeby odrąbać liście palmowe by móc z nich wyplatać strzechy i inne wyroby. Taki jasny podział.
Jeśli zdecydujesz się spędzić urlop na wyspie zamieszkiwaną przez lokalną ludność na Malediwach, musisz się liczyć z tym, że obowiązują pewne zasady:

piątek, 4 sierpnia 2017

Malediwy, dzień 4

   Wyspa Digurach, na której jesteśmy jest w kształcie takiej rozciągniętej kropli, czyli z jednej stony jest szersza ( ale jednocześnie nie jest szeroka) tu mieszkają lokalni, zwęża się, aż w końcu jest takim paseczkiem zakończonym sand bankiem, czyli piaskiem. Roślinność jest wysoka w części szerszej i obniża się w kierunku sand banku w sposób naturalny. Wąski skraj wyspy to taki dziwny twór- pas piasku o kilkumetrowej szerokości o który z obu stron przypływają falę a na samym koniuszku fale z przeciwległych stron obijają się o siebie na wzajem. Obijają się a raczej nachodzą na siebie w sposób delikatny, bo dookoła jest płytka laguna.
Dzisiaj ruszamy na wąski koniec wyspy, ja z Tomkiem idziemy przez dżungle pieszo a Arleta z drugim Tomkiem i dzieciaczkami jadą … ciężarówką. Część drogi i tak będą musieli pokonać pieszo, auto może podjechać tylko połowę drogi, dalej idzie się plażą lub wąską, leśną ścieżką.
Droga z ubitego piachu, palmy, juki i inne takie po obu stronach, co raz jakiś kokos leży. Odbijamy z Tomkiem w wąską ścieżkę w głąb gąszczu i przenosimy się do jakiejś przygodowej gry komputerowej, dookoła nas nic tylko egzotyczna, dzika natura, nawołujące się ptaki i … komary. Dobra, wychodzimy stąd.

czwartek, 3 sierpnia 2017

Malediwy, dzień 3

   Obudził mnie charakterystyczny śpiew ptaków, to zdaje się fruitbirds, odgłosy są intensywne i przypominają mi nawoływanie się małp, kiedy byliśmy 2 lata temu w dżunglii na Borneo.
Myje zęby w półotwartej toalecie gdzie moim sufitem jest niebo a promienie słońca wdzierają się miejscami na terakotę w tym na muszlę WC. Chcesz siku? Nie zapomnij założyć okulary przeciwsłoneczne.
Spotykamy się wszyscy przy śniadaniu, jemy na prędce bo przecież zaraz ruszamy z portu łodzią na snoorkling.
   Płyniemy w kilka osób, jest właścicielka hotelu - Brytyjka, jej partner - lokalny tubylec, w funkcji motorniczego, para starszych Włochów, para Włochów z 7’mio letnią Alessandrą i samotnie podróżująca amerykanka Ryann, w swojej podróży dookoła świata jak się potem okazało. Była już w Anglii, Niemczech, Chorowacji, Włoszech, Kenii, Południowej Afryce, Sri Lance, w Etiopii gdzie została okradziona i w Namibii, które jak dotąd zrobiło na niej największe pozytywne wrażenie. Teraz rusza do Australii, Nowej Zelandii i …. jak na razie wizyty w Polsce nie ma na jej liście.
Motorówka zatrzymuje się na lagunie pośrodku oceanu, „zakładać maski, płetwy i wyskakiwać!”
„Manty są!” Ok, dobra, w sumie te manty to mnie mało interesują- tak myślałam do chwili, kiedy zobaczyłam rozdziawioną na pół metra lub więcej paszczę płynącą wprost na mnie, tuż pod powierzchnią wody i te wachlujące mega duże skrzydła. Co ona ślepa?! Czemu płynie wprost na mnie?!! Ratunku! Już się wodą zachłysnęłam, głowę wynurzam ponad wodę, nie chce patrzeć jak wlecę w jej paszczę. Brytyjka krzyczy ze statku- „ in front of you!!!” - tak, wiem że jest przede mną, dlatego wieje! Manta z gracją zrobiła manewr wyminięcia i popłynęła dalej.

środa, 2 sierpnia 2017

Malediwy, dzień 2

   Spało się twardo, otwieram oczy i robię szybki rachunek w głowie: gdzie jestem? Już na miejscu :). Schodzimy na śniadanko do naszej restauracji na parterze zbudowanej w formie obszernej, przeszklonej werandy z piaskiem zamiast terakoty. Dzisiaj wszystko wydaje się być jeszcze ładniejsze, bardziej egzotyczne i cudowne; wczoraj też odbiór był jak najbardziej pozytywny jednak po całonocnym wyspaniu się po podróży oceny otoczenia lecą jeszcze wyżej.
Dzisiaj plan jest taki: leżeć w hamaku pod palmą w ogrodzie z filiżanką kawy, ewentualnie plackiem na leżaku przy plaży z białym piaskiem w otoczeniu soczystej, egzotycznej zieleni i zażywać oceanicznej, ciepłej kąpieli.
   Skusiliśmy się jednak na trochę wysiłku i wyruszyliśmy w miasto, w część wyspy zamieszkałą przez tubylców. Miasto, to chyba za duże słowo na te parę, niskich domków, boisko i jedną szkołę, w której dzieci o dziwo w odprasowanych mundurkach pilnie uczą się w klasach. Zatrzymaliśmy się przy jednym z kilku hotelów, które funkcjonują na tej wyspie a dokładniej na plaży przy nim. Plaża ta charakteryzuje się tym, że jest bardziej otwarta w sensie mniej „zalesiona”, no i tym, że na wysokiej, samotnie rosnącej palmie zawieszona jest huśtawka tuż przy linii wody. Dzieciaczki miały radochę, ale i ja też się skusiłam na małe husiu husiu.
Dalej poszliśmy do „centrum”, czyli na główną drogę wioski z 3 sklepami i 1 knajpką. Zasiedliśmy do knajpki, gdzie hitem wyspy jest kawa z ekspresu i świeże soki. Wtem, gdy tak plotkujemy przy stole w kształcie łodzi, siedząc na stołkach zrobionych z dużych szpul i popijając filiżankę kawy, ktoś coś zauważył na drzewie. To jaszczurka, ma grzebień na grzbiecie i fantastyczne kolory, te kolory jej się zmieniają, jest tam żółty i czerwony, szary i zielony.
Zaszliśmy do 2 z tych 3 sklepów z duperszmitami. Arlecie wpadła w oko bardzo oryginalna torebka, połączenie skóry i muszli i chyba łupek z kokosów. Bardzo pomysłowe wykonanie.
W sklepikach oprócz ręcznie wyrabianych pamiątek, nie brakuje niestety chińszczyzny, nawet tu…
Idziemy dalej w głąb wyspy, na drugą jej stronę- do portu, gdzie przycumowanych jest dosłownie kilka łódek a ozdobę na brzegu wśród palm stanowi pordzewiałe, stare auto - takie kubańskie klimaty.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Malediwy, dzień 1

    Podróż samolotem do Male, stolicy Malediwów przebiegła sprawnie; wszak lecimy Emiratami: smaczne posiłki, wysokoprocentowe napoje, ekrany w fotelach z najnowszymi filmami i miły kocyk z poduszką dla każdego. Nawet 4 letnia Hania i 5 letni Antoś- dzieci naszych kompanów cierpliwie znoszą długą podróż.
Obok mnie siedział Tomek i nieznajoma kobieta, przewodniczka z Itaki jak się w trakcie lotu okazało. Do Pekinu leci po raz ponad 30’sty, na pokładzie są uczestnicy objazdowej wycieczki po Chinach z Itaki. Mówi, że jest znudzona już tym kierunkiem i traktuje te wyjazdy wyłącznie jako praca. Nasze drogi się rozdzieliły na przesiadce w Dubaju. My na Malediwy, wycieczka z Itaki do Chin.
Mimo, że jest środek nocy, wszystkie sklepy na lotnisku w Dubaju są czynne; możesz kupić standardowo wodę, perfumy ale też wysoko-kosztowego drona i kolię ze szczerego złota czy rolexa na rękę. Wypiliśmy herbatę po 20 zł za sztukę w papierowym kubku i już wsiadamy do kolejnego samolotu, wznosimy się w kierunku ciemnego kosmosu zostawiając w dole przepięknie oświetlone miasto.

sobota, 16 sierpnia 2014

Indonezja: Dzień 22 Praga

   Rano po śniadaniu jedziemy na lotnisko. Ostatni raz w tej podróży dajemy paszporty do kontroli i o 9:00 odlatujemy do Pragi.
W Pradze dzwonimy po parkingowego i jedziemy odebrać auto. Jak tu europejsko…
Parę godzin i jesteśmy w domu. Pranie, zakupy, sprzątanie…ja chce na wakacje!!!

piątek, 15 sierpnia 2014

Indonezja: Dzień 21 Dubaj po raz drugi

     Przelot z Jakarty do Dubaju odbył się bez przeszkód, na miejscu wylądowaliśmy o 12:00 czasu lokalnego. Wsiadamy do metra i jedziemy do hotelu. W tym mieście nie ochłodziło się przez te 3 tygodnie ani trochę. Dobrze, że hotel jest zaledwie 50 metrów od stacji metra bo inaczej byłoby nieciekawie. Krótka drzemka i jedziemy na Marinę. Marina słynie z „Dubajskiej Wenecji”. Jesteśmy na miejscu, ścieżki wodne wchodzą w głąb lądu, widzimy piękne jachty i zaraz obok drapacze chmur. Jest ładny deptak, ale wysoka temperatura osłabia już po 5 minutach spaceru. Przy marinie jest „Palma Jumeriach” - sztucznie utworzona wyspa w kształcie palmy. Celujemy do hotelu Marriott, wiemy że na 52 piętrze jest restauracja z widokiem na palmę i kalkulujemy że lepiej jest wydać tam kasę na 2 koktajle i siedzieć w klimatyzowanym barze patrząc na palmę w zachodzie słońca, niż jechać na nią i chodzić po niej w tym zaduchu. Tym bardziej, że tam publicznego transportu nie ma a odległości są znaczne.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Indonezja: Dzień 20 Ostatnie plażowanie

   Wylot do Jakarty mamy dopiero o 23:00 a wystarczy pojechać na lotnisko dwie godziny wcześniej, mamy więc przed sobą jeszcze cały dzień, pomijając fakt, że wstaliśmy o 10:00 :)
    Po śniadaniu wymeldowujemy się ale plecaki zostawiamy w przechowalni. Te ostatnie godziny na Bali chcemy spędzić na plaży, ubieramy zatem stroje kąpielowe, pakujemy krem z filtrem UFA 50, ręcznik i po kilku minutach jesteśmy na leżakach. Przed nami bezkres oceanu a dookoła plażowicze. Wskakujemy do wody i walczymy z falami, wystarczy nam wejść po kolana w wodę by po chwili być mokrym po szyję. Bije się z myślami żeby spróbować surfingu, jednak widok notorycznie upadających amatorów skutecznie mnie zniechęcił. Tak minęło nam kilka godzin, kiedy to nadszedł czas się zbierać.

środa, 13 sierpnia 2014

Indonezja: Dzień 19 Delfiny i Kuta

    Godzina 5:30 rano, dzwoni budzik, trzeba wstawać. Zbieramy się naprędce i o 6:00 w półmroku jesteśmy już na plaży przy łódce. Rodzice byliby z nas dumni widząc nas na nogach o tak wczesnej porze. Wsiadamy do łubianki, w której oprócz nas jest jedna para - znowu z Francji i sternik. Łubianka jest zabezpieczona od wywrotki poprzez zastosowaną konstrukcję po bokach typu katamaran, wersja uproszczona. Podobne łódki wypływają również na ocean z innymi turystami zobaczyć największą atrakcję Loviny. Niebo się rozjaśnia i oglądamy jak wyłania się piękne słońce, jednocześnie księżyc po drugiej stronie nadal jest widoczny.
   Płyniemy zaledwie 15 minut od brzegu i już pokazują się nam sympatyczne delfiny! Rytualnie witają nowy dzień. Są zaledwie kilka metrów od nas i płyną sinusoidą, to nad wodą, to pod wodą, nad wodą, pod wodą i tak dopóki nie podpływa zbyt wiele łódek. Chwila spokoju i znowu pokazują się w innym miejscu, jest ich teraz ze 7 sztuk a niektóre wyłaniają się z wody rytmicznie w parach jakby co najmniej szkolenie w cyrku miały. Zdarzają się też pojedyncze wyskoki, fuch w górę jak najwyżej i nur do wody a jeden to się w locie obrócił. Do tego zmieniające się przez wschód słońca kolory nieba z czerwonym włącznie, chciałabym

wtorek, 12 sierpnia 2014

Indonezja: Dzień 18 Lovina

   Śpimy aż się wyśpimy, jajecznica i znowu tosty z dżemem, pakujemy plecaki i żegnamy się z właścicielem Giri Sari. Homstay prowadzony jest przez całą rodzinkę i wszyscy dokładali starań, aby goście byli zadowoleni, my byliśmy.
Lubię ten moment kiedy znowu ma się plecaki na grzbiecie i rusza się do nowego, nieznanego miejsca. Do końca pobytu nie mamy już nigdzie żadnych rezerwacji hotelu, żadnych biletów autobusowych, po prostu wolnym być i z przygodą iść.
   Ustawiamy się przy głównej drodze i łapiemy Bemo. Dosłownie kilka minut i już siedzimy w środku, nasze plecaki jednak się już nie zmieściły! Spokojnie, są przywiązane sznurkiem do dachu. Siedzimy ściśnięci w ostatnim rzędzie i zerkamy co jakiś czas do tyłu, czy któryś z plecaków nie zleciał na drogę. To Bemo jest węższe od tego, którym jechaliśmy do Pemeturanu co nie znaczy, że się nie zmieści tyle samo osób. W tamtym autobusie w jednym rzędzie były dwa wąskie fotele, wąska alejka i znowu dwa wąskie fotele, w tym busie jest jeden wąski fotel, wąska alejka i następnie dwa wąskie fotele. Jednak weźmy taką mini alejkę, daje się kładkę pomiędzy siedzeniami i proszę, następne miejsce gotowe. Można? Można.
   Nagle jakieś wołania do kierowcy, na które zatrzymuje on bus

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Indonezja: Dzień 17 Nurkowanie przy Menjangan

   Wstaję z myślą, że po śniadaniu jedziemy na nurkowanie i nie jestem pewna czy mam się cieszyć z tego powodu, Tomek natomiast jednoznacznie tryska euforią. Jemy po omlecie i tostach z dżemem i idziemy na 9:00 do centrum nurkowego. Pod biurem jest już sporo ludzi, finalnie jedzie nas 3 busy z tą różnicą że na nurkowanie tylko my i jeszcze jedna para z Francji, która intro miała już będąc w Australii a reszta jedzie na snurking. W busie nie jestem zbyt rozmowna, czerwony przycisk, biały ... układam sobie w głowie.
   Po godzinie jazdy przesiadamy się na łódź a na niej my, para Francuzów, Król Lew, drugi instruktor i sternik. Normalnie mieści się więcej ludzi ale ekwipunek w tym 6 butli z tlenem zajmuje prawie połowę miejsca.

niedziela, 10 sierpnia 2014

Indonezja: Dzień 16 Pemuteran

   Przy hotelowym śniadaniu pytamy o usługę prania, nie widzieliśmy wczoraj żadnego punktu. Pani nam duka, że usługa jest ale pranie byłoby gotowe dopiero za 2 dni i że my musimy się dziś do 12:00 wymeldować. Nie, nie pomyłka, mamy się przenieść tylko do innego pokoju tj. się umawialiśmy wczoraj z właścicielem. Idzie sprawdzić, przychodzi z jakimś gościem z obsługi a ten z lepszą znajomością angielskiego i uśmiechem na twarzy mówi nam przy tym śniadaniu, że wolnych miejsc na dalsze dwa noclegi jednak nie ma, zaszła tzw. podwójna rezerwacja i mamy czas na wymeldowanie się do 12:00. Tomek się zbulwersował na nich, że robią sobie jaja i głośno im powiedział co o tym myśli. Gdybyśmy wiedzieli, już wczoraj rozejrzelibyśmy się za nowym miejscem. Proponują, że znajdą nam nową miejscówkę gdzie indziej. Skoro nalegają, niech szukają nam innej miejscówki, my idziemy wpłacić zaliczkę za nurkowanie i w drodze na plażę zaniesiemy pranie.
   Instruktor wita nas uśmiechem i mówi, że szkolenie przekładamy na godzinę później. Ok, niech będzie. Wskazuje nam pralnie schowaną w podwórzu w której ostatecznie zostawiamy brudy. Jednak pani jest tak zawalona praniem z hoteli, że mimo że jest ok. 10:00, to odbiór dopiero jutro na 21:00. Trochę nie po naszej myśli bo czystych ciuchów lekki deficyt no ale nie widzieliśmy innej pralni więc ok.
Idziemy na plażę ale miny mamy nie tęgie

sobota, 9 sierpnia 2014

Indonezja: Dzień 15 Kawah Ijen

   Jest pierwsza w nocy i jedziemy busem, ale już takim normalnym. W środku jeden Francuz i czterech Węgrów w tym dziewczyna. Im bardziej zbliżamy się do celu tym bardziej stromo, tak że momentami kierowca musi się prawie zatrzymać i dać bieg na jedynkę żeby auto pojechało dalej, po drodze parę rozkraczonych aut. Robi się ciekawie.
   Na parkingu są już inne samochody, głównie jeep'y. Na naszą siedmioosobową grupę czeka już lokalny przewodnik. Pochmurne niebo zasłoniło gwiazdy, jest ciemno i nawet nie widać zarysu naszego wulkanu. Ok, czas ruszać. Na trasie 3 km musimy wznieść się w pionie o 500 metrów. Przewodnik oświetla drogę latarką, my mamy swoją.
   Na razie idzie się nadspodziewanie spoko, chociaż od samego początku cały czas